Polscy pop-liberałowie, czyli kwiatki do kożucha krezusa

foto: korni007 - Fotolia.com

Prawicowi politycy próbujący zbić kapitał na swoich neoliberalnych hasłach są albo zwyczajnie niemądrzy, albo niezwykle cyniczni. Zdają się przy tym nie zauważać, że już przy obecnym poziomie wolności gospodarczej dla rasowych biznesmenów odgrywają rolę, co najwyżej, pożytecznych idiotów. Nie widzą oni również tego, że międzynarodowe korporacje stanowią większe zagrożenie dla państw, niż państwa dla nich. Oczywiście bezkrytyczni libertarianie pragną jeszcze większych swobód, które umocnią pozycję nienasyconych rekinów. Rekinów, które nie tylko zagrażają małym, lokalnym przedsiębiorcom, ale też krajowym spółkom o ustabilizowanej pozycji rynkowej.

Pop-polityka po polsku: liczy się masakra i trolling

Zanim przejdziemy do konkretów zastanówmy się skąd takie żywe zainteresowanie libertarianizmem w ostatnim czasie? Powód jest prosty i czytelny: nastroje społeczne, szczególnie wśród młodych osób, są coraz gorsze. Pomimo wykształcenia nie mogą się odnaleźć na rynku pracy, a ich ambicje są blokowane. I tu pojawia się polityk, który mówi, że w każdym z nich tkwi Übermensch, którego wolność ograniczana jest przez rzeszę leniwych urzędników i innych pasożytujących na nich nierobach. A każdy kto myśli inaczej jest „lewakiem z bólem dupy”.

Postulaty głoszone przez tych pop-liberałów są proste jak drut, dlatego też w nie trzeba wykazywać się zbytnią rzutkością intelektualną, aby je pojąć. W odróżnieniu do tych sloganów, różne prądy myślowe oraz ideologie (w tym wszystkie odmiany liberalizmu) mają swoją rozbudowaną genezę, ich ewolucja ma historyczne uzasadnienie, a ich czołowi przedstawiciele polemizowali ze sobą i zdarzało się, że diametralnie zmieniali zdanie na temat dotychczas bronionej przez siebie idei, stając się jej krytykiem.

Nie trzeba też wykazać się zbytnią finezją, aby efektownie „zmasakrować” oponenta w prostackiej potyczce słownej. Dlatego też pop-liberalizm jest tak łatwo przyswajalny przez młodzież, która natrafia gdzieś na jego ślad na pomiędzy innymi, krótkimi wpisami na „fejsie”. Bo liczy się dobry i szyki hejt. Jakiś czas temu poznałem jednego zadeklarowanego korwinistę, który sam nie mógł się zdecydować czy bardziej mu się podoba „troll” Korwin, czy też „troll” Urban. Ważne, że jeden i drugi dobrze komuś dopier….lili.

Ostatnia aktywność publicystyczna lokalnych korwinistów ukazuje, że ich pojęcie wolności jest o tyle płytkie, że wyraża się w swobodzie wyboru marketu, w którym turkowianin wyda swoją nędzną wypłatę oraz nieograniczonej formie wyboru metody płatności. Slogany jak z reklamy sieci telefonii komórkowej. Pisał o tym tydzień temu red. Andrzej Jarek w tekście pt. „Widmo krąży po Turku – widmo ideologii jaskiniowego kapitalizmu”, więc pozwolę sobie nie rozwijać tego tematu.

Globalna szkodliwość klasy próżniaczej

Ciężko jest uprawiać polemikę odnosząc się do jedynie do teorii neoliberalizmu. Bardziej wymowne i obrazowe jest posiłkowanie się konkretnymi przykładami, nawet jeżeli ukazują jedynie pewną część problemu. W związku z tym pozwolę przedstawić sobie działalność jednego z bardziej niebezpiecznych krezusów ostatniej dekady – Johna Paulsona – nie wgłębiając się jednak zbytnio w jego biografię.

John Paulson dorobił się wykupując ubezpieczenia kredytów hipotecznych od niewypłacalności klienta. Ubezpieczenia te działały w taki sposób, że przynosiły zysk Johnowi, kiedy osoba obciążona kredytem bankrutowała, nie mogąc tym samym go spłacić. Mając więc pakiet takich ubezpieczeń, Paulsona interesowało rychłe przyjście jak najdotkliwszego dla gospodarki kryzysu.

Oczywiście Paulson nie czekał na finansowy krach, tylko wykorzystał swoje finansowe wpływy, aby dopomóc w jego przyjściu. Łącznie zarobił na tym ok 3,7 miliarda dolarów. A wszystko odbyło się zgodnie z obowiązującym prawem (a raczej z jego brakiem). USA, ze względu na brak odpowiednich regulacji, pozwalało na takie bandyckie zagrania.

Przeliczono, że „praca” Johna Paulsona warta jest tyle, co praca 80 tys. pielęgniarek. Zakładając teraz, że ów krezus będzie miał kaprys codziennie kupować sobie parę butów (albo inny towar), to i tak kupi on rocznie 365 par. Ni jak ma się to do liczby butów, które zostaną sprzedane 80 tys. pielęgniarkom, kupującym jedną parę rocznie (o ile będzie je na nie stać!). Proszę sobie odpowiedzieć kto, Paulson czy pielęgniarki, działa w tym przykładzie bardziej stymulująco na gospodarkę.

Zobaczmy czego na pewno nie ma do zaoferowania gospodarce swojego kraju taki krezus. Otóż na pewno nie będzie go interesowała inwestycja w produkcję, gdyż wymaga to nakładów pieniężnych, czasowych i intelektualnych. Przy czym zysk z takich inwestycji jest o wiele mniejszy, niż ten pochodzący z coraz bardziej niezrozumiałych instrumentów finansowych, dziś już przypominających zwykłą ruletkę. Z tych samych powodów krezusa nie interesują inwestycje w innowacje. Ciężar rozwoju nowych technologii i nauki spada na coraz biedniejsze państwa, z których kapitał narodowy wypływa do rajów podatkowych.

Co z kolei interesuje krezusa? Na przykład wspomniana możliwość jak najłatwiejszego przeniesienia swoich pieniędzy do któregoś z rajów podatkowych. Albo jak najłatwiejsze przekazanie swojego kapitału swojemu potomstwu, bez poniesienia strat z tytułu podatku spadkowego. W ten sposób taki szczęśliwie urodzony w bogatej rodzinie człowiek, może zainwestować w kolejne niezrozumiałe i ryzykowne instrumenty finansowe i w kilka lat dorobić się krocie. Warto również wspomnieć, że ostateczny koszt ryzyka inwestycji w różnie dziwaczne fundusze ponosi i tak państwo, które w pierwszej kolejności woli dofinansowywać upadające banki, niż rozruszać gospodarkę.

W tym miejscu pozwolę sobie nawiązać do korwinistycznej retoryki i zadać pytanie: czym taki rentier, który odziedziczył fortunę od ojca, różni się od leniwego żula spod sklepu? W pierwszym odruchu ciałem napisać, że poza tym, iż jeden pije wino za kilka tysięcy dolarów, a drugi z kilka złociszy, to nie różnią się niczym. Później jednak zdałem sobie sprawę, że zgubny wpływ kapitalisty na społeczeństwa może mieć charakter globalny.

Brak regulacji prawnej w sferze gospodarki prowadzi do licznych patologii. Wyobraźmy sobie, że tacy inwestorzy potrafią wykupić dużą część światowej produkcji danego produktu, magazynując go tak długo, aż sztucznie zaniżona podaż wpłynie na cenę. Tak właśnie uczynił hedge fund Armajaro, który w 2010 r. wykupił 7% światowej podaży kakao, a następnie przetrzymywał w magazynach, czekając na wzrost jego wartości. Czy to o takim wolnym rynku marzą neoliberałowie?

Jeszcze jedna sprawa: kto ostatecznie będzie chronił jednych kapitalistów przed drugimi? Dla rekina finansiery nie jest problemem wykupienie słabszego konkurenta i doprowadzenie do jego upadku, dążąc tym samym do osiągnięcia globalnego monopolu.

Warto byłoby również spojrzeć na szkodliwości innych niepoddanych regulacjom instrumentów finansowych, których nie rozumieją nawet nobliści z dziedziny ekonomii. Niestety, forma tej luźniej polemiki nie pozwala na rozwinięcie wszystkich wątków. Zachęcam jednak do poszerzenia swojej wiedzy niezależnie, zaznaczając, że nie wszystko jest takie proste, jak WIERZĄ libertarianie.

Marcin Derucki