W Polsce konsensusu kto handluje, ten żyje

Rano, patrząc na śniadaniowe menu, dopadła mnie pewna refleksja. Jem kiełbasę zrobioną gdzieś tam przez chłopa. Wyśmienitą, kupioną pokątnie w środku transportu publicznego. Do tego masło i jajka kupione od „baby”, która co jakiś czas wpada do biura i szybko sprzedaje swój towar. Szybko, bo na nielegalu, ale też szybko, bo towar rozchodzi się jak świeże bułeczki. Jest po prostu dobry. Z resztą, jeżeli chodzi o bułeczki, a raczej pieczywo, to też zdarzało się, że żona sama wypiekała je w domu.

Inna sytuacja. Przez jakiś czas zastanawiałem się, dlaczego o pewnej porze w danym miejscu na osiedlu zbierają się ludzie, którzy później ustawiają się w całkiem sporą kolejkę. Po kilku tygodniach przyuważyłem, że w to miejsce przyjeżdża facet, który sprzedaje „co nieco” z bagażnika. Już nie piszę o licznych domowych wytwórcach naprawdę wybornych trunków wysokoprocentowych.

To oczywiście przykłady, bo ten żywnościowy underground to tylko pewien wycinek szerszego zjawiska zjawiska. Jednak chciałbym, abyście powiedzieli mi, jak te powyższe obrazki rodem z II wojny światowej mają się do zielonowyspowej narracji, gdzie zachodni specjaliści chwalą polskie PKB. Ponoć przez ostatnie 25 lat, m.in. dzięki wprowadzeniu zasad konsensusu waszyngtońskiego i Balcerowiczowi, dokonaliśmy ogromnego skoku cywilizacyjnego. Doprawdy? Bo według mnie żyjemy w jakimś neo-Warthelandzie, tylko że będącym pod panowaniem jakiś bezimiennych sił, kryjących się za wolnorynkową kurtyną. Już niedługo sam zaśpiewam (tylko że na discopolowy bit), że „Teraz jest wojna, Kto handluje, ten żyje. Jak sprzedam rombankę, Słoninę, kaszankę, To bimbru się też napiję.” Problem w tym, że wróg, z którym powinna trwać wojna jest niemal niewidoczny i nie ma jednej twarzy.

Teraz trochę inny obrazek. Spora kolejka osób (przeważnie emerytów) w sklepie społemowskim. Co chcą kupić Ci ludzie? Może niezbyt tanią, w stosunku do marketowej, ale smaczną wędlinę. Tutejsze poranne buły też jakieś inne niż te z marketu. Nie o posmaku papieru, nie kamieniejące nazajutrz.

Mogę się mylić, ale ludzie zaczynają na powrót doceniać jakość „chleba naszego powszedniego”. W tym upatruję nadziei. I żal mi jest tych, którzy z biedy muszą iść do, nomen omen, „Biedy”, aby kupić jedzenie, po który znacznie łatwiej jest popaść w otyłość. Bo bycie fit stało się domeną ludzi z kasą i czasem.

Czy wojna spółdzielni spożywców z międzynarodową siecią hipermarketów jest równa? Jakby zmieniła się nasza rzeczywistość, gdyby państwo zaczęło w końcu sprzyjać tym „mikroprzedsiębiorcom”, o których wspomniałem na początku. I jakby to wyglądało, gdyby państwo silną ręką zabrało się za markety, które na różne sposoby wysysają polskie pieniądze poza granice kraju. W tej nierównej walce to właśnie państwo powinno pomagać słabszym i chronić ich przed bezwzględnością silnych. Problem w tym, że państwo też jest słabe. W pierwszej kolejności konsensus powinien być zawarty ze społeczeństwem. Inaczej robi się, hmmm, niesmacznie.

Kto wie, być może już niedługo Polska zaskoczy mnie pozytywnie. Bo nawet taki Waszyngton w przeciągu ostatniego tygodnia potrafiły zrobić na mnie po dwakroć pozytywne wrażenie.